Ja chciałabym trochę nawet bardziej niż żółć o wschodzie i purpurę o zmierzchu, nawet mocniej niż spacery po dachu, króliczą sierść nad pępkiem i chmury przed burzą. Pozwoliłabym Ci mówić, że tytoń wypala mi płuca, słuchałabym tylko ciszy bez zapewnień, że przecież nic się nie działo, chociaż wiem jak bardzo chciałbyś mi powiedzieć, że to miejsce zabrało mnie całą.

Prowadziłabym Cię przez ulice, którymi idę po raz pierwszy i przez te, którymi już szłam, chociaż nie pamiętam. Mówilabym Ci o rzeczach z wczoraj i przedwczoraj, a Ty sluchałbys wiedząc, że jak nie wiem to zmyślam. Zrobiłabym bardziej, częściej i mocniej, gdybym wiedziała, że wtedy trzeba było. Teraz zrobi to ktoś inny.
Ucieczki bez mety nigdy się nie kończą, choć tak bardzo chciałabym teraz nie zacząć uciekać.

Ale proszę, pozwól mi stworzyć nowe

Urywanie snów tuż przed północą, bo za oknem wreszcie cisza i tylko neony z budynków, pasażerowie pędzący do nocnego 255 i puste reagana – to wszystko, tak nagle do mnie przyszło, by móc popieprzyć coś w pamiętnikach. Jak bardzo byłam niezdarna wybierając sobie pustą skrzynkę, samotne wieczory i pościel jedynie o zapachu płynu do płukania? Jak bardzo skurczyłam dopiątkowe tęsknoty, całowane czoło i treści do bycia tutaj?

Wciąż potrzebuję zostawiać szminkę na szyi z gęsią skórką, mówienia „oh, słyszysz, że on śpiewa o nas?” i zatrzymywania oddechu przy palcach na pępku. Uprawianie wspomnień to super sprawa, ale proszę, pozwól mi stworzyć nowe.

to, co sami przed sobą ukrywamy

Jaki okres sprawdzalności przypisywać scenariuszom sennym? Jeśli śniłam o hańbie w poniedziałkową noc, to gdy jest niedziela mam się jeszcze obawiać? Czy ona już była, a ja nie widziałam? Ile można wypleść obrazów w głowie, tak bardzo odkrywających to, co sami przed sobą ukrywamy? I jak składać obietnice skoro sami siebie nie znamy? Tak duszno pod kołdrą w tę noc, kiedy wszystko, co wiem to „nie wiem”.

 

Czytam i mówię sobie do ciebie

Przecież, tak czy inaczej, nasze zachowania względem siebie to pasmo niezręczności. Dłubiemy sobie nawzajem w sercach, w oczach, w wątrobach, straszymy się, sprawdzamy, przewiercamy na wylot. Duchowa strona człowieka nie podlega żadnej ochronie. To aż śmieszne: na robienie zwykłych domięśniowych zastrzyków trzeba mieć specjalne pozwolenie, ale majstrować przy duszy ludzkiej może praktycznie każdy, kto zechce: ksiądz, agitator, kochanek, przechodzeń. nikt.

Osiecka A.

Ludzie zapominają otwierać paczki z niespodziankami, myślą sobie: jutro, między mięsem na śniadanie a drogą powrotną do domów je odbierzemy, ale później fruwają po głowie inne sprawy, no i zapominają. A listy drżą z obawy, że wypłowieją im te słowa, zniekształcone chwile unieważnią, że odcisk prawego małego palca się odlepi, a oddechy uciekną przez kopertę. Listy czekają w ciemności, nie chcą wracać do domów. Pamiętaj.

Tkałam te treści gdzieś między wersami, a ty nie patrzyłeś.

Hodujemy w koszykach bez kłódek obietnice z tysiąca słów znad kilometrów, mieszkamy w naszych głowach upchnięci pod łóżkiem, wiesz, wciąż ukrywam cię przed mamą, ale nie z ostrożności, bo będzie zła, a z przezorności, bo głupio być takim niestabilnym. A potwory stamtąd wychodzą przed świtem, między jednym telefonem a drugim, kiedy sen mam najcięższy, i stoją nade mną szepcząc te bzdury, a ja wpół rozbudzona zawieszam oczy na dziurach w niebie i zaciskam dłońmi uszy, przecież nad tobą wiszą te same gwiazdy co w moim mieście, nie możemy być daleko, dlaczego mielibyśmy? Przesyłamy już prawie myśli w listach cieplejszych o oddech i zapach, ale tylko sprzedajemy za cenę znaczka i skrawka papieru, zanim wrzucę do skrzynki- przemoczę przez okno na pierwszym piętrze. Wysłałam w podróż kilka niepewnych spojrzeń z peronu czwartego zamiast siebie, umyśliłam plany, nietrwałe jak zawsze, uległe jak zwykle już chwilę później. Doktorze, natychmiast! Mówię, że nienawidzę tego miasta (choć trochę błyszczy i migoce i wlewa mi neony przez okno nocami, albo drżą mi lampy nad głową obok mokrej ławki, albo stukają krople o blaszany parapet na dzień dobry, a nawet kiedy szczypie mi mróz policzki, to jest takie kochane, ah) żebyś wiedział, że to twoja wina. Zachody nad nami niebywale obecne, chyba niech zmierzcha naprawdę, bo po co rozcieńczać jeszcze bardziej te wszystkie mgliste już drgnienia tuż pod żebrami? Przetrwoniliśmy te najczerwieńsze, chyba nie ma ich już wcale, też tak myślisz? I chociaż w tramwaju ktoś pachnie jakby tobą, wiem, że to wszystko tylko mi się wydaje, a pan na grunwaldzkiej nie zatrzymał wzroku dłużej niż na chwilę, bo to ktoś inny był od ciebie. Autobusy nad ranem się spieszą, uciekają przed świtem, podglądałam przez okno tej niecierpliwej nocy. Kawa co kolację porcji pięć i ból kolan na dobranoc, mrożek o godzinie demonów pociąga mnie nawet bardziej niż ciepło spomiędzy warg na wgłębieniu tuż nad ostałym z elektryczności obojczykiem, a myślałam, że bardziej się już nie da. I tkałam te treści gdzieś między wersami, a ty nie patrzyłeś.

Chcę do domu.